Za Odrą bez zmian

Drukuj

Gdy w styczniu Martin Schulz zapowiadał swoją kandydaturę na kanclerza w berlińskim Domu Willego Brandta (Willy-Brandt-Haus – siedziba SPD przy Wilhelmstrasse w Berlinie) wrześniowa kampania wyborcza i poprzedzające ją wybory do Landtagów zapowiadały się bardzo emocjonująco. Pierwszy raz od lat socjaldemokraci osiągnęli pozycje sondażowe, pozwalające realnie myśleć o rządzeniu krajem bez koalicyjnego wsparcia CDU. Trudno się więc dziwić, iż w przeciągu kilku tygodni zaczęto organizować pierwsze, nieformalne spotkania liderów potencjalnych koalicjantów z SPD, Zielonych i die Linke.

Rzeczywistość polityczna jednak zweryfikowała tą euforię w sposób bardzo bolesny dla socjaldemokratów. W przypadających na 26 marca wyborach do Landtagu w kraju Saary (niem. Saarland) SPD nie osiągnęło swojego celu, jakim było zdobycie pierwszego miejsca i władzy w Landzie, poprzestając na wyniku 29,6%, co w porównaniu z ostatnimi wyborami z roku 2012 stanowiło stratę w wysokości 1% głosów. Półtora miesiąca później partia Schulza utraciła władzę w Szlezwiku-Holszytnie (niem. Schleswig-Holstein). Negocjacje nad tzw. koalicją jamajską (niem. Jamaika-Koalition, od barw przypisywanych poszczególnym partiom: CDU- czarny, FDP- żółty, Zieloni- nie trzeba mówić, koalicję między tymi trzema ugrupowaniami określa się w ten sposób ze względu na kolorystyczne podobieństwo do flagi karaibskiej wyspy) są już w fazie końcowej i w przeciągu kilku dni przewidywane jest ich pomyślne zakończenie.

Najbardziej dotkliwa dla niemieckiej lewicy (zarówno tej zielonej, jak i czerwonej) była jednak klęska w majowych wyborach w Nadrenii-Westfalii. Jest to najliczniej zamieszkany niemiecki land, dodatkowo kalendarz wyborczy sprawia, iż wyniki wyborów w nim przeprowadzanych uchodzą za bardzo istotny prognostyk przed wyborami do Bundestagu. W landzie tradycyjnie uchodzącym za bastion socjaldemokratów wybory nieznacznie wygrali chadecy (33% głosów), co w zestawieniu z najlepszym w historii landu wynikiem liberałów z FDP (12,6%) odsunęło od władzy zielono-czerwoną koalicję na czele z premier Hannelore Kraft, która po porażce zrezygnowała z wszelkich funkcji pełnionych w SPD.

Po serii porażek lewicy ogłoszono w niemieckich mediach koniec „efektu Schulza”, co zdają się potwierdzać aktualne trendy sondażowe, w których SPD spadło z powrotem do standardowych 25%. Poważne problemy zaczyna mieć również partia Zielonych, która powoli, leczy systematycznie osuwa się w stronę 5-procentowego progu wyborczego. Wiatru w żagle nabrały za to dwie postaci: Angela Merkel i Christian Lindner.

Pierwsza z nich może spać spokojnie. O ile jeszcze dwa miesiące temu SPD Martina Schulza zdawało się być poważnym zagrożeniem dla hegemonii chadecji na poziomie federalnym, o tyle po serii porażek rywala sondaże CDU dobijają do około 40% i na horyzoncie nie widać nikogo, kto mógłby Angel Merkel zagrozić. Widać za to sporo chętnych do koalicji bardziej wygodniej od „wielkiej koalicji” z SPD.

Znacznie ciekawsza jest za to historia tego drugiego. Christian Lindner objął stanowisko przewodniczącego FDP w bodaj najtrudniejszym w historii partii momencie; po przegranych wyborach do Bundestagu w roku 2013. Niemieccy liberałowie zostali przez publicystów i politycznych komentatorów odesłani na polityczny cmentarz z łatką nieudolnej przybudówki CDU i wiecznego mniejszego koalicjanta dla każdego. Wyniki w wyborach do landtagów na poziomie 1% na pewno nie pomagały trendu odwrócić. Obecnie 38-letni nowy przewodniczący był wówczas jednym z tych, którzy odnosili nieliczne dla FDP sukcesy, dzięki poprowadzonej przez niego kampanii w Nadrenii-Westfalii liberałowie stali się czwartą siłą w lokalnym parlamencie i wyrazistą opozycją wobec koalicji SPD-Zieloni. Oprócz zmian personalnych w kierownictwie partii doszło też do zmiany akcentów programowych: do tradycyjnych postulatów obniżki podatków i państwa prawa doszły te związane ze szkolnictwem i cyfryzacją. Zmiana akcentów w połączeniu ze zmianą wizerunkową, obejmującą logo, ikonografię i styl wystąpień polityków FDP po okresie roku-dwóch zaczęła przynosić efekty. Partia współrządzi już w Nadrenii-Palatynacie, w przeciągu kilku tygodni zacznie także współrządzić w Nadrenii-Westfalii i Szlezwiku-Holsztynie. Rosnący trend sondażowy i brak samodzielnej większości CDU sprawiają, iż na jesieni to Christian Lindner może być jednym z głównych rozgrywających w niemieckiej polityce.

Prawicowym populistom z Alternatywy dla Niemiec (AfD) powoli kończy się paliwo. Partia ta pozycję swoją zbudowała na totalnej krytyce Angeli Merkel wobec chaosu imigracyjnego z roku 2015, w niektórych (zwłaszcza wschodnioniemieckich) landtagach osiągając wyniki nawet i powyżej 20%. Szybko jednak okazało się, iż partia jest bez wizji zmian i zdolności koalicyjnej; nie współrządzi w żadnych z landów, mimo relatywnie dobrych wyników. Dodatkowo populiści co chwila pogrążają się w wewnętrznych konfliktach i walkach o wpływy. Na kilka miesięcy przed wyborami do Bundestagu doszło do zmian w kierownictwie AfD; partii do wyborów nie poprowadzi dotychczasowa przewodnicząca Frauke Petry, lecz przewodnicząca Badeńsko-Wirtemberskich struktur Alice Weidel, której natychmiast wytknięto fakt mieszkania i płacenia podatków w Szwajcarii oraz bardziej skrajny prawnik i publicysta z Brandenburgii, Alexander Gauland. Alternatywa obecnie utrzymuje się na poziomie 7-9% w sondażach ogólnokrajowych z tendencją spadkową. Nawet jeśli wejdzie do Bundestagu nie ma co liczyć na współrządzenie krajem, może jedynie utrudnić innym partiom zawarcie koalicji.

Po wrześniowych wyborach prawdopodobnych wydaje się kilka scenariuszy:

1) CDU uzyskuje wynik na poziomie 35-40%, sukces święci również FDP, tak, że obu partiom wystarczy mandatów do zawarcia koalicji. Mimo, iż liderzy liberałów po doświadczeniach ostatniej koalicji z chadekami w latach 2009-2013 zarzekają się, iż nie jest to wcale aż tak prawdopodobne to ze względu na największą ideową bliskość tych partii czarno-żółta koalicja wydaje się być oczywistością.

2) CDU i FDP nie osiągają większości, do gry wchodzą Zieloni, którzy zapewniają odpowiednią ilość mandatów, trzy partie zawiązują koalicję jamajską na poziomie ogólnokrajowym. Obecnie scenariusz najbardziej prawdopodobny.

3) CDU, FDP i Zieloni nie uzyskują większości, bądź po stronie którejś z partii nie ma woli zawarcia koalicji. Nieunikniona staje się wtedy kontynuacja niewygodniej dla wszystkich wielkiej koalicji CDU-SPD. Scenariusz moim zdaniem najgorszy dla tamtejszego systemu politycznego. Ciągłe kompromisy, celem utrzymania koalicji między obiema głównymi partiami prowadzą do sytuacji, w której polityka staje się bezwyrazowa, debata publiczna znajduje się w stanie uśpienia. Ponadto część obywateli odnosi wrażenie, iż nie ma najmniejszej różnicy między mainstreamowymi partiami i zaczyna rozważać oddanie głosu na populistów z die Linke, bądź AfD. Diagnoza wcale nie tak niesłuszna, jak mogłoby się to wydawać, rozwiązanie najgorsze z możliwych.

4) Scenariusz moim zdaniem najmniej prawdopodobny z możliwych: „koalicja świateł” (od barw świateł ulicznych; SPD-czerwony, FDP-żółty, Zieloni-zielony). Choć arytmetycznie możliwa, wydaje się mocno nieprawdopodobna ze względu na rozbieżności ideowe między potencjalnymi partnerami. Może jednak posłużyć jako straszak, którym posłużą się liderzy liberałów i Zielonych, by wymusić na Angeli Merkel ustępstwa programowe.

Na chwilę obecną nie wydaje się, by ktokolwiek mógł zagrozić pozycji CDU. Bardzo ciekawe za to mogą być wyniki mniejszych partii i rozmowy koalicyjne nad rządem federalnym. Za Odrą na zmiany się nie zanosi. A przynajmniej nie na wielkie.