Wolność słowa pod ostrzałem

Drukuj

Patrząc na początek 2018 roku można śmiało stwierdzić, że to najgorszy od lat okres dla wolności słowa w Rzeczypospolitej. Swoboda wypowiadania i głoszenia poglądów została zaatakowana zarówno przez „prawicę”, jak i „lewicę”, których ideolodzy ponownie udowodnili, że niewiele dla nich znaczą swobody jednostki w starciu z kolektywem. Jeszcze bardziej ostrzegawczo powinien wybrzmieć fakt, iż głos obrońców wolności słowa praktycznie nie objawił się w głównym nurcie debaty publicznej.

Gdyby napisać podręcznik sztuki przekonywania do wolnościowych idei, rozdział pt. „Jak bronić wolności słowa” z pewnością byłby twardym orzechem do zgryzienia dla autora. Walcząc z rozmaitymi propozycjami cenzury musimy często bronić idei, które sami uważamy za głupie i niegodziwe. Dla zręcznego demagoga nie stanowi problemu szybkie przedstawienie naszej obrony wolności do głoszenia danego poglądu jako obrony samego poglądu. Jest to o tyle istotne, że cenzura zazwyczaj zaczyna się w przypadkach, w których większość jest zgodna, co do ich zwalczania jako patologii. Osoba patrząca jedynie na krótką metę nie dostrzega zagrożeń takiego podejścia.

Kilka tygodni temu opinią publiczną wstrząsnął materiał „Superwizjera” TVN ukazujący funkcjonowanie skrajnie nacjonalistycznego stowarzyszenia, którego aktywiści okazali się być zagorzałymi neonazistami i czcicielami Adolfa Hitlera. Trudno zapewne będzie autorom leśnego „ołtarzyka” na cześć wodza tysiącletniej Rzeszy wybronić się przed sądem – wszak promocja narodowego socjalizmu jest w Polsce czynem karalnym (abstrahując już od rozważań na temat sensowności tego typu przepisów). W sprawie nacjonalizmu, rasizmu, czy nazizmu bliskie jest mi stwierdzenie amerykańskiej powieściopisarki Ayn Rand, która „pogląd przypisujący genetycznemu pochodzeniu człowieka znaczenie moralne, społeczne lub polityczne, pogląd, że cechy umysłowe i charakterologiczne człowieka są wytwarzane i przekazywane przez wewnętrzną chemię jego ciała” określiła mianem „najniższej, najprymitywniejszej postaci kolektywizmu”. Chciałbym jednak walczyć z barbarzyńskimi poglądami na idee, nie zmiany w Kodeksie Karnym. Mój pogląd nie jest raczej szeroko podzielany, chwilę po wybuchu skandalu wśród polityków określających się jako centrowi ruszyła licytacja na wnioski delegalizację kolejnych nacjonalistycznych i skrajnie prawicowych organizacji oraz propozycje restrykcyjnych zmian w prawie.

Argumenty przeciwko delegalizacji skrajnych organizacji zebrałem już w artykule pt. „Paragrafami nie zwyciężymy złych idei” w ramach dyskusji na łamach liberte.pl. Powtórzę więc jedynie pokrótce. Delegalizacja danej organizacji nie oznacza jej zniknięcia, natomiast może stanowić bodziec do dalszej radykalizacji środowiska. Absurdem ponadto jest samo twierdzenie, iż poglądy i opinie można zwalczać przy pomocy paragrafów Kodeksu Karnego. Najistotniejszy pozostaje jednak czynnik precedensu. Tego typu środki prawne są bronią obosieczną i jeśli dzisiaj delegalizujemy ONR, nie zdziwmy się gdy jutro władza zdelegalizuje Obywateli RP.

Wspomniana chwila histerii dobitnie pokazała jak łatwo klasa polityczna jest w stanie zrezygnować z gwarancji wolności słowa. Niestety nie był to jedyny w ostatnim miesiącu przypadek. Na nasze nieszczęście nie był to jedyny taki przypadek w minionych tygodniach. Obywatelski projekt ustawy „Ratujmy Kobiety” okazał się granatem odłamkowym, rzuconym w szeregi parlamentarnej opozycji. W całym zamieszaniu po jego wybuchu mało kto jednak zauważył, jak niebezpieczne były niektóre z proponowanych w nim rozwiązań. Projekt środowisk feministycznych zakładał zakaz manifestacji przeciwko przepisom ustawy, ujęty w ten sposób, iż potrafiłby objąć całe dzielnice większych miast. Co gorsza za rozpowszechnienie treści nt. aborcji bez pokrycia w badaniach naukowych, lub mających odwieść kobietę od jej wykonania miałoby grozić do 2 lat więzienia. Katarzyna Lubnauer była chyba jedyną znaczącą postacią na polskiej scenie politycznej, które te zagrożenia zauważyła i skrytykowała.

Obóz „dobrej zmiany” nie mógł pozostać w tyle wobec lewicowej konkurencji i pod koniec stycznia Sejm przegłosował ustawę o IPN. Z właściwym sobie rozmachem politycy PiS i Solidarnej Polski przy okazji wywołali kryzys dyplomatyczny w relacjach z Izraelem i zagościli na czołówkach światowych gazet. Przegłosowywana właśnie w Senacie ustawa zakłada karę więzienia za oskarżanie „wbrew faktom” polskich obywateli o zbrodnie, popełnione w czasie II wojny światowej. Tylko kto ma ustalić jakie są fakty, kiedy w wielu z podpadających pod artykuł spraw nadal toczą się śledztwa i badania naukowe? Według lewicy o tym, co jest zgodne ze stanem nauk medycznych miałby decydować prokuratorski podpis, według prawicy w ten sposób należy ustalać co jest prawdą historyczną.

W związku z napięciami na linii Polska-Izrael politycy Ruchu Narodowego postanowili zorganizować manifestację przed ambasadą tego bliskowschodniego państwa. W obawie przed kolejnym skandalem Wojewoda Mazowiecki postanowił zamknąć ulicę i uniemożliwić demonstrację, przeciwko czemu słusznie wyraził protest Rzecznik Praw Obywatelskich. Choć sama manifestacja w tym konkretnym czasie i miejscu do najmądrzejszych pomysłów nie należała, to jej zablokowanie stanowi kolejny niebezpieczny precedens.

Do wolności słowa można odnieść słowa fraszki Jana Kochanowskiego, na której parę miesięcy temu w dość zabawny sposób połamał język premier Morawiecki. „Nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz, tam człowiek prawie, widzi na jawie, Że nic nad zdrowie, ani lepszego, ani droższego”. Wolność wyrażania poglądów jest fundamentem, na którym oparta jest demokracja i bez którego staje się ona pustą wartością. Gdy politycy zawodzą w obronie tej wolności, czy co gorsza sami proponują jej ograniczanie, to na nas, obywatelach spoczywa obowiązek jej obrony. Nawet wtedy, gdy z wolności korzystają nasi polityczni przeciwnicy.

Czytaj również