Trump, Chiny, wolny handel

Drukuj

Można odnieść wrażenie, iż świat stanął na głowie. Wybory w Stanach Zjednoczonych Ameryki wygrywa człowiek, wzywający do 35-procentowych taryf celnych na produkty z Chin, obiecuje budowę muru na granicy z Meksykiem i mówi, że „zmusi Apple do produkowania Iphone'ów w USA”. Tymczasem na forum ekonomicznym w Davos przed protekcjonizmem i zamknięciem się na świat przestrzega Xi Jinping, pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Chin. Scenariusz, który jeszcze parę lat temu wydawał się political fiction, dziś stał się polityczną rzeczywistością.

Gdy Donald Trump ogłosił, że zamierza ubiegać się o stanowisko kandydata partii Republikańskiej na prezydenta USA mało kto (łącznie z autorem tego wpisu) traktował jego kandydaturę poważnie. Jak bowiem miał przekonać do siebie republikańskich wyborców człowiek, który do tej pory nie angażował się w życie partii, a jego poglądy bliższe są populizmowi Marine Le Pen niż reaganowskiemu konserwatyzmowi. A jednak ów populista, publicznie wyrażający swój podziw dla Władimira Putina zdobył nie tylko republikańską nominację, ale i Biały Dom. Wyborcy republikańscy zamiast posłuchać Paula Ryana i Johna McCaina posłuchali ekscentrycznego miliardera, obiecującego „uczynić Amerykę znowu wielką”.

Od swojego początku kampania Donalda Trumpa opierała się na hasłach izolacjonizmu i protekcjonizmu. Obecnie wszystko wskazuje na to, że hasła te staną się oficjalną polityką dotychczasowego „policjanta świata”. Już w pierwszych dniach urzędowania nowego prezydenta ze stron rządowych zniknęły informacje nt. Umowy o wolnym handlu między USA, a Unią Europejską TTIP i podpisane zostało prezydenckie rozporządzenie o wycofaniu się z umowy o partnerstwie transpacyficznym (TPP).

Jednym podpisem Donald Trump pogrzebał umowę i amerykańską pozycję w rejonie Pacyfiku. TPP to umowa wielostronna, obejmuje min. USA, Australię, Nową Zelandię czy Singapur. Jako, że natura próżni nie znosi pole do popisu i rozszerzenia strefy wpływów otrzymała właśnie Chińska Republika Ludowo-Demokratyczna, której przywódca, pierwszy sekretarz Xi Jinping jest znacznie bardziej od Trumpa skłonny do zawierania umów handlowych. Sam pierwszy sekretarz nie kryje się ze swoimi ambicjami stawiając się w roli obrońcy otwartości na świecie, czy deklarując pomoc w rozwiązaniu konfliktu we wschodniej Ukrainie.

Walka z globalizacją produkcji przemysłowej przypomina przysłowiową walkę Don Kichota z wiatrakami. Jak pisał Ludwig von Mises: „Jakiekolwiek by nie były warunki niezbędne do rozwoju handlu międzynarodowego, cła protekcyjne mogą osiągnąć tylko jedno: uniemożliwić, by produkcja była prowadzona tam, gdzie warunki naturalne i społeczne są najkorzystniejsze, i sprawić, by zamiast tego prowadzono ją tam, gdzie warunki są po temu gorsze. Skutkiem protekcjonizmu jest więc zawsze zmniejszenie wydajności ludzkiej pracy.”1

Nietrudno zauważyć, że państwa europejskie znalazły się w mało przyjemnej sytuacji. Nowy prezydent USA o Brexicie mówi jako o „błogosławieństwie dla świata”2 i bardzo niechętnie wypowiada się o Unii Europejskiej. W zeszły piątek niemiecki minister finansów miał na szczycie ministrów UE wezwać do „dania jasnego sygnału przeciwko protekcjonizmowi i za wolnym handlem”3 oraz do rozpoczęcia negocjacji nad umowami handlowymi z kilkunastoma krajami na całym świecie. Reakcja wydaje się być zasadna, pytanie brzmi jednak: Czy taki apel nie jest wygłaszany za późno?

Ostatni raz Ameryka zdecydowała się na izolacjonizm po zakończeniu I wojny światowej i podpisaniu traktatu wersalskiego. Z izolacji Stany zostały wyrwane przez japońskie bomby, spadające na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 roku. Skutki kilkudziesięciu lat amerykańskiego braku zaangażowania w sprawy świata okazały się być katastrofalne zarówno dla Europy, jak i dla samych Amerykanów.

Wolność przepływu osób i kapitału poza korzyściami stricte gospodarczymi przynosi bowiem wartość bezcenną, choć w dzisiejszym świecie uznawaną za oczywistą. Tą wartością jest pokój. Współpraca między przedsiębiorstwami i ludzkie relacje między poszczególnymi państwami, jak udowodniła XX-wieczna historia Europy są skuteczną gwarancją pokojowego rozwoju. Powrót do nacjonalizmu w zachodnim kręgu kulturowym może oznaczać definitywne przesunięcie się centrum świata na wschód.

Sukces polityki izolacjonizmu jest iluzją w czasach ekonomicznej, politycznej i kulturowej globalizacji. Im szybciej zrozumieją to populiści świata zachodniego tym lepiej. W przeciwnym razie już niedługo otwierać szampana będzie nie Donald Trump, lecz Xi Jinping, a pax americana zastąpi pax sinesis. Dziś szczególnie warto przypomnieć słowa XIX-wiecznego, francuskiego publicysty i autora, Frederica Bastiata: Jeśli ktoś wam powie: „W warunkach wolnego handlu będziemy zalani chlebem, wołowiną, węglem i paltami”, odpowiedzcie: „No to nie będziemy głodni i nie będzie nam zimno”.

1Ludwig von Mises: „Liberalizm w tradycji klasycznej”, str. 184, wyd. Arcana, Kraków 2001

2http://businessinsider.com.pl/wiadomosci/theresa-may-odwiedzila-donalda-trumpa-w-bialym-domu/sz8ltp1

3http://mobile.reuters.com/article/idUSKBN15B1EG

Czytaj również