Rok, w którym umarła debata publiczna

Drukuj

Jeżeli chodzi o stan debaty publicznej, rok 2017 należał do najgorszych w najnowszej historii politycznej Polski. Do tego stopnia, że zasadne wydaje się wysnuwanie wątpliwości co do samego jej istnienia.

Obecny rok zostanie najpewniej zapamiętany jako czas zawłaszczenia państwa w niespotykanej do tej pory ilości obszarów przez rządzącą partię. Partię, która z założenia odrzuca dyskusję i nazbyt często sprowadza wszelkie debaty do poziomu przypominającego kłótnię osiedlowych osiłków w późnych godzinach nocnych. Może on jednak zostać równie dobrze zapamiętany jako rok bezradności antypisowskiej opozycji, która w pierwszej połowie roku próbowała program politycznego przeciwnika adaptować (przypadek PO), bądź wysuwać kontrpropozycje (przypadek Nowoczesnej), tylko po to, by w drugiej połowie roku porzucić wszelką debatę programową i ugrząźć w jałowych negocjacjach na temat wspólnych list.

Pisowska rewolucja trwa w najlepsze. Z każdym miesiącem kolejne dziedziny państwa podporządkowywane są aparatowi rządzącemu i poddawane rządowej kontroli. Oczywisty wydaje się przykład Trybunału Konstytucyjnego, jak i nieudana póki co próba podporządkowania władzy wykonawczej Sądu Najwyższego. Mnożyć można jednak również te bardziej nieoczywiste i mniej dostrzegalne medialnie efekty implementacji narodowo-etatystycznej filozofii politycznej PiS: „Apteka dla aptekarza”, „repolonizacja” banków i spółek skarbu państwa, przegłosowany w listopadzie zakaz handlu w niedzielę. Cel jest jeden: jak największy zakres władzy polityków.

Niezależnie czy kierowany przez Beatę Szydło, czy przez Mateusza Morawieckiego rząd zdaje się nie napotykać na żadne większe przeszkody w realizacji swojej wizji Polski. Politycy i publicyści utożsamiani ze stroną opozycyjną z jednej strony ogłaszają rząd PiS najgorszym po roku 1989, a nawet i przed nim, z drugiej strony zachwalają program 500+. Z jednej strony słyszymy nieustępliwą krytykę rządzącej partii jako grabarzy demokracji i rządów prawa, z drugiej dla dużej części komentatorów tak zaciekle krytykujących PiS zakaz handlu w niedzielę jest świetnym pomysłem. Można więc mówić o radykalnej krytyce działań Prawa i Sprawiedliwości w sferze instytucjonalnej i o postępującej aprobacie dla działań w sferze gospodarczej, nawet wśród przeciwników obecnego rządu.

Za ofensywą programową PiS nie poszła kontroferta ze strony partii opozycyjnych. Debata programowa po stronie działaniom rządu przeciwnej była bardzo słaba i nikła, odgrywając raczej epizodyczną rolę w miesiącach poprzedzających nadejście lata, a ugrupowania opozycyjne nawet gdy finalnie decydowały się zaprezentować postulaty programowe, zazwyczaj nie miały determinacji i siły przebicia, by trafić z nimi do głównego medialnego nurtu. Najcelniejszym strzałem zdaje się tu zaproponowany w maju przez Nowoczesną program „Aktywna Rodzina”, mający stanowić alternatywę dla 500+. Czy raczej, mógłby za taki uchodzić, gdyby partia zdołała podtrzymać temat dłużej, niż przez tydzień.

Partie opozycyjne z każdym kolejnym miesiącem coraz bardziej pogrążały się w jałowej debacie o „zjednoczeniu” i wspólnych listach, próbując ustalać parytety partii na listach na rok przed wyborami samorządowymi i dwa przed parlamentarnymi. Swoje apogeum proces ten osiągnął w listopadzie-grudniu 2017 roku, kiedy stał się niemal wyłącznym tematem promowanym przez partie parlamentarnej opozycji.

Wraz z początkiem negocjacji (a właściwie to i na długo przed nim) zaczął się również trend, dążący do jak największej homogenizacji poglądów po stronie opozycji, ignorując różnice pomiędzy poszczególnymi partiami. Symbolem tego trendu stał się w oczach autora tego tekstu szerzej nieodnotowany cytat z jednego z letnich wywiadów z Grzegorzem Schetyną; „Kto wewnątrz strony antypisowskiej atakuje kogokolwiek z opozycji, działa na rzecz PiS”.

Schmittowska koncepcja polityczności jako permanentnego antagonizmu zdaje się wygrywać nad Wisłą. Nie ma tu miejsca na odcienie szarości. Nawiązując do kultury popularnej w kontekście ostatniej premiery nowej części Gwiezdnych Wojen polską politykę Anno Domini 2017 można zilustrować cytatem z Anakina Skywalkera przechodzącego w „Zemście Sithów” na ciemną stronę mocy: „Jeśli nie jesteś ze mną, jesteś moim wrogiem”. Bardzo symptomatyczna jest trwająca w ostatnich miesiącach w mainstreamowych mediach nagonka na tzw. „symetrystów”. Czym jest symetryzm zapewne ściśle nie zdefiniują nawet autorzy tego pojęcia. Nie chodzi bowiem o wyznaczenie ram jakiegoś nowego trendu, czy ideologii, a o przylepienie kwestionującym obowiązujące opozycyjne dogmaty łatki, która wobec skali zawłaszczenia państwa przez ostatnie dwa lata stawia owych krytyków w nie najlepszym świetle.

I tak również po stornie antypisowskiej poziom debaty publicznej pikuje w dół, niczym zestrzelony myśliwiec. I tutaj zaczęto szukać cichych sprzymierzeńców PiSu, „pożytecznych idiotów”, zdrajców, kwestionujących dogmat o zjednoczonej opozycji. Nie zgadzam się z tezą, iż politykę społeczną obecnego rządu można określić mianem sukcesu. Wręcz przeciwnie, politycznie motywowane rozdawnictwo jest najgorszą z perspektywy długofalowych skutków metodą na prowadzenie tej sfery działalności państwa. Nie o to jednak w tej „dyskusji” chodzi, a o próbę wyeliminowania różnorodności opinii, która jest podstawą demokracji i bez zachowania której nie można uczciwie twierdzić, że się demokracji broni.

O prymitywizacji i plemienności debaty publicznej w Polsce mówiło się od lat. Dziś jest ona plemienności bliższa niż kiedykolwiek. Nie ma adwersarzy, dyskutantów o odmiennej opinii, są wrogowie. W takich warunkach każda debata musi stać się werbalną wojną, nie mającą w sobie nic z arystotelesowskiej „troski o dobro wspólne”.

Rok 2017 ma jeszcze jeden symbol. Na 24 listopada przypadał tzw. „Black Friday”, czyli dzień obniżek w sklepach i galeriach handlowych. Tego dnia PiS postanowił urządzić również regulacyjny czarny piątek. W jedno popołudnie przez Sejm przeszły projekty o zakazie handlu w niedzielę, zaostrzeniu ustawy o wychowaniu w trzeźwości i zniesienie limitu składek płaconych na ZUS w przypadku wynagrodzeń przekraczających 30-krotność średniej krajowej. Tymczasem medialnym tematem weekendu był „Atlas Kotów” czytany na sali sejmowej przez prezesa Kaczyńskiego. Miniony rok pozostanie w pamięci jako rok postępującej tabloidyzacji.

Nauczyłem się już by nie próbować przewidywać przyszłości, zwłaszcza w kontekście politycznym. Dlatego nie na przewidywaniach, a na życzeniach noworocznych skończę. A w 2018 roku życzę nam wszystkim powrotu do dyskusji i racjonalnej konkurencji wizji państwa, której w mijających 12 miesiącach tak bardzo brakowało.

Czytaj również
  • Daniel

    Bardzo dobry tekst !
    Zauważyłem jednak drobną literówkę w słowie „strona”w zdaniu „I tak również po stornie antyPiSowskiej”
    A tak to tekst świetny !